Cykl „Kobiety Chełma” – Kasia – miłośniczka czworonogów

1
Nazywam się Kasia Szynal. Mam 29lat. Jestem urodzoną chełmianką. Tutaj spełniam się i robię to co kocham. Moją pracą jest moja pasja. Swoje życie poświęcam życiu zwierząt. Miłość do nich trwa we mnie od kiedy pamiętam, już jako 9 letnia dziewczynka zostałam wegetarianką. Nigdy nie potrafiłam przejść obojętnie wobec krzywdy zwierzaków, od zawsze czułam potrzebę niesienia Im pomocy. Czułam, że moim obowiązkiem jest zaopiekować się bezbronnym stworzeniem narażonym na dzisiejszą rzeczywistość, w której niestety spotykamy wiele okrucieństwa, czy znieczulicy na cierpienie innych. Moja przygoda w Schronisku zaczęła się w 2013 roku kiedy próbując poradzić sobie ze stratą bliskiej mi osoby postanowiłam wyleczyć zrozpaczoną duszę spędzając czas ze zwierzętami w Schronisku, czułam, że ich cierpienie podzieli mój ból i znajdziemy wspólne zrozumienie. Tak zostałam wolontariuszką. Spędzałam w Schronisku, każdą wolną chwilę: sprzątałam, wychodziłam z psami na spacery, karmiłam, starałam się promować każdego podopiecznego do adopcji, a czasem po prostu głaskałam, przytulałam, bądź siedziałam cichutko w boksie i czekałam aż dziki/przerażony pies mi zaufa… Ogromnym docenieniem była dla mnie propozycja pracy i zatrudnienie na stanowisku opiekuna zwierząt. Wtedy mój dzień w Schronisku się nie zmienił, zmieniła się tylko skala działania i wspierania zwierzaków. Nowe możliwości pozwoliły na organizację różnych akcji dla potrzebujących zwierząt (festyny, maratony), na spotkania promujące przyjaźń wobec zwierząt w różnych edukacyjnych placówkach, promocję Schroniska na forach internetowych, organizację zbiórek… a to wszystko po to by wspierać bezdomne psy i koty. Słowo bezdomne ma smutny wydźwięk, niestety wszyscy wiemy, że nie każdy „dom” oznacza ciepły kąt, smaczne jedzonko i kochających ludzi, czasem „dom” to buda z łańcuchem, garnkiem tygodniowej suchej karmy i panem, który czasem powie „siad Azor”.. My (mówię w imieniu Schroniska) chcemy być tym lepszym tymczasowym domem, niestety nie mamy dogodnych warunków, dlatego tak ważne jest, aby dawać Naszym podopiecznym tyle ile możemy dóbr materialnych (ciepły koc, zabawka, urozmaicone jedzenie, ciągły dostęp do świeżej wody, opieki weterynaryjnej), ale i oczywiście miłości. Powiedzielibyście, że dla Nas to tylko gest ale tak nie jest, wierzcie mi przytulenie takiego zwierzaka daje ogromne emocje a radość kiedy chcący w pierwszym dniu przybycia psiak chce Ci „odgryźć rękę” a po tygodniu po niej Cię liże jest nie do opisania. Przyjdźcie do Schroniska sami się przekonajcie, zostańcie wolontariuszem, otwórzcie serca na los zwierząt. Nie kupujcie – Adoptujcie! Sama mam psa i dwa koty ze Schroniska, niczym się nie różnią od tych „rasowych”. Wdzięcznych oczu mówiących DZIĘKUJĘ nie da się zapomnieć. Praca w Schronisku nie należy do łatwych. Wiele odwiedzających Nas osób narzeka na hałas, nieprzyjemny zapach, zbyt wiele cierpienia dookoła. Często słyszę pytania „jak to Pani wytrzymuje?” „Pani się nie boi?” „Musi Pani je kochać…”- tak kocham, każdego z osobna, każdy jest moim przyjacielem, któremu dziękuję, że mogłam poznać, bo każda historia tych wspaniałych czworonogów mnie ubogaca, dzięki czemu wiem, że to co robię ma sens. W tym roku podjęłam edukację jako technik weterynarii w Lublinie, to mój kolejny krok i wyciągnięcie „łapy” w kierunku zwierząt. Wiem, że w Chełmie są dobrzy ludzie, dlatego nie przestane wierzyć i nie przestane walczyć o to, aby kiedyś przyszedł czas, w którym człowiek będzie przyjacielem a nie wrogiem świata przyrody.                                                                                                                       Na zdjęciu Hysia – wyrzucona w okolicach Chełma, jak trafiła do Schroniska miała mnóstwo kleszczy, z pewnością przez długi czas nie miała dostępu do wody ani jedzenia…
2
Zuma- jak reszta naszych kotów są „podrzutkami”. Mimo, że nie mamy boksów przeznaczonych dla kotów, dla tych które już się u nas znalazły staramy się zapewnić jak najlepsze warunki bytowania. Wszystkie kociaki, jak Zuma są wolno żyjące, ale uwielbiają przebywać blisko człowieka, są młodziutkie i mimo przebytych chorób już zdrowe i gotowe do adopcji.
21
Brego – pit bull, który trafił do nas skrajnie zaniedbany. Odnaleźliśmy „właściciela” i zgłosiliśmy sprawę na policje. On został z nami, dziś wygląda i czuje się znacznie lepiej, brakuje mu tylko domu. Najlepiej z silnym właścicielem (spacery z nim muszą być aktywne) i bez innych zwierząt. Brego jak już pokocha zalizuje na śmierć, naprawdę nie ma się kogo bać
5
Frania- jest od kilku dni w Schronisku, uciekała w popłochu od gromady psów. Osobiście zabrałam ją z pobocza ruchliwej ulicy. Była bardzo zmęczona. Czeka 2 tygodnie kwarantanny, jeśli nie znajdzie się właściciel, będziemy szukać dla niej nowego domu.
6
Irys – jest u nas w „otwartym boksie” – zawsze wybieramy jednego psiaka, który jest już u nas długo, ma bardzo małe szanse na adopcje, a zostało mu niewiele czasu i wypuszczamy g o z boksu. Mieszka u nas w biurze i chodzi wolno po terenie Schroniska.
7
Zara- mieszaniec owczarka niemieckiego i Rito- mieszaniec teriera.
9
Rudzio- zanim do Nas trafił dłuższy czas mieszkał na ogródkach działkowych. Ciepły i łagodny piesek, który uwielbia się przytulać.
10
Zola- trafiła do nas z dwójką maleńkich dzieci. Dzielnie się nimi opiekuje i jak tylko szczeniaki trafią do adopcji to i ona będzie szukała domu.
11
Metka- bardzo wystraszona sunia, nie ufa obcym, boi się każdego kogo nie zna. Tego komu już zaufa odda całą swoją miłość.
12
Kibic- mieszaniec amstaffa, trafił do nas cały w bliznach, z kim walczył tego nie wiemy… Jest już długo w Schronisku, ma piękne wnętrze, charakterny i jednocześnie pełen miłości, czasem jedyne czego mu potrzeba to zabawki i chwili uwagi:)
13
Jasio- uwielbiający się przytulać, w jego oczach można wiele wyczytać, jakby miał dużo do opowiedzenia, wystarczy spojrzeć, nie da się nie pokochać.
14
Misiek- mijany i niezauważany… dlaczego? Jest pięknym, wyjątkowym dużym psem, a już kilka lat jak nikt o niego nie pyta. Nawet już nie podchodzi do krat, zrezygnował. Jak go wołam przychodzi skorzystać z chwili przytulania, kiedy wchodzę do boksu cieszy się i nie chce mnie wypuścić. Czasem widzę jak stracił nadzieje, że może jeszcze znaleźć dom…

 

 

15
Pusia jest 2 miesięcznym szczeniaczkiem, wraz ze swoim rodzeństwem jako tygodniowe maleństwa zostały wyrzucone w worku do rowu Wykarmiliśmy je butelkami, udało się, przeżyły. Bracia Pusi już zostali adoptowani, ona czeka.
16
Mat- bardzo przyjazny do ludzi i innych zwierząt, nie umie za dobrze chodzić na smyczy, ale jest młodziutki i to kwestia wyuczenia.
17
Zola
18
Rika- zbyt długo czeka na adopcję, raz dostała nadzieję: ludzie zdecydowani ją wziąć przyjeżdżali, wychodzili na spacery, przygotowywali dom na jej przybycie i nagle cisza, rezygnacja.. Mimo to nie straciła nadziei, cieszy się na widok każdego, kto podejdzie ją pogłaskać, jest bardzo posłuszna.

19

20
Olimp trafił do nas bardzo wystraszony, miał mnóstwo pcheł i kleszczy. Nie dość, że nikt o niego nie dbał to jeszcze traktował z przemocą. Między oczami ma głęboką ranę, wygląda na to, że został uderzony. Jest cały pokryty bliznami co świadczy o tym, że cierpiał niejednokrotnie. Olimp jest to młody psiak, z natury przyjazny, jednak to przez co przeszedł sprawiło, że nie ufa obcym. Nie objawia tego agresją, ale strachem. Jednak, jak już poczuje się bezpiecznie jest chętny głaskania i zaczyna „się uśmiechać”.
22
Lumia- trafiła do Schroniska jako szczeniak razem z siostrą, która znalazła dom. Lumia dorastała u Nas, raz była adoptowana, ale wróciła. Zdążyła poznać co oznacza dom i bliskość człowieka, tutaj zostały Jej wspomnienia i marzenia aby znów być kochaną.

4

Reklamy

Justyna – pasjonatka motoryzacji

 

28

 

Justyna Mazurek – pracownik administracji, mama, pasjonatka motoryzacji. Była prezes Klubu BMW Chełm i redaktor motoryzacyjna.

1
„Swoją pasją zaprzeczam wszystkim stereotypom mówiącym o kobiecych słabościach w dziedzinie motoryzacji!
            Moja przygoda z motoryzacją zaczęła się od szkoły średniej, mam też na koncie objechany kawał Polski, bez kolizji i mandatów 🙂 Lubię różnorodność aut i miejsc. Nadal każdy wolny czas, w miarę swoich możliwości, spędzam na wyjazdach rajdowych. Podczas takich imprez jestem typowym kibicem motoryzacyjnym. Adrenalina, odgłosy ryczących na wysokich obrotach silników przyprawiają mnie o gęsią skórkę.
            Zainteresowanie motoryzacją sprawiło, że wstąpiłam do klubu Mercedesa,  następnie dołączyłam do Klubu BMW Chełm. Tutaj mogłam wykorzystać zdobytą wiedzę, poznać ciekawych ludzi, nawiązać oparte na wspólnej pasji przyjaźnie. Owocem naszej współpracy były cotygodniowe spotkania tzw. spoty, wyjazdy oraz turnieje bezpiecznej jazdy. Dzięki nim pokazaliśmy ludziom, kim są kierowcy MB. Złamaliśmy stereotyp, z czego się bardzo cieszę! 🙂 Dzisiaj również mogę z dumą powiedzieć, że dzięki organizacji turnieju bezpiecznej jazdy we współpracy najpierw z Automobilklubem Chełmskim (I edycja) a później z WORD w Chełmie (II edycja), wielokrotnie pomogliśmy dzieciom z Chełmskiego Domu Dziecka w zbiórce darów.
            Podjęłam się też innego wyzwania, jakim było utworzenie blogu motoryzacyjnego we wschodniej.tv pod nazwą „Motoryzacja w szpilkach”. Dzieliłam się tam pasją motoryzacyjną z innymi, ale niekonwencjonalnie, bo z pozycji kobiety. A to przecież wciąż rzadkie. I muszę stwierdzić, że blog budził duże zainteresowanie, zwłaszcza w damskich kręgach.

 

7
Życie zawodowe oraz rodzina sprawiły, że tymczasowo musiałam zawiesić swoją aktywność w klubie oraz prowadzenie bloga. Nie zmienia to jednak faktu, że w dalszym ciągu lubię motoryzację. Zaraziłam nią również swoje dzieci 🙂
8
            W każdej kobiecie jest piękno, siła i pewność siebie. To one zawsze popychały mnie do działań i realizacji swoich celów. Przyjaźń i przykład innych mocnych kobiet sprawiały, że nabierałam wiatru w żagle i motywacji do walki o swoje pasje. Śmiało mogę powiedzieć, że otwartość na ludzi i ciągła chęć podejmowania nowych wyzwań, to moje najmocniejsze cechy. Dzięki nim możliwe jest to, co kocham w życiu najbardziej – walka o własne przekonania i marzenia.”

9101113141516171920212224252631

 

Lawendowe lato

DSC_0035
Lawendowe lato….
Drogi Czytelniku! Najnowszy wpis blogowy nie będzie dotyczył projektu „Kobiety Chełma”. Nie udzielę też w nim porad typu, jak dobrze spędzić wakacje z dziećmi, jak na rasowego bloga przystało. Nie podpowiem, jak zrobić nalewkę z lawendy, choć przyznaję, że chciałabym poszukać miejsca na blogu przeznaczonego na tego typu przepisy. Nie zagłębię się w tajniki fotografii i nie napiszę, jak przygotować się do sesji zdjęciowej (choć materiał na temat, jak namówić nastolatkę na sesję zdjęciową i jak pracować z dziećmi podczas sesji zdjęciowej mam obszerny!). O wyborze sprzętu na sesję w plenerze też dziś nie będzie mowy. Dzisiaj, bez zbędnych słów i komentarzy, chciałabym Cię zabrać w magiczną podróż po lawendowych polach, nie Prowansji, a przepięknej Polski Wschodniej.

DSC_0036DSC_0040DSC_0041DSC_0089DSC_0092DSC_0103DSC_0027DSC_0030DSC_0032DSC_0074DSC_0078DSC_0085DSC_0090DSC_0105DSC_0116DSC_0120DSC_0015DSC_0033DSC_0124DSC_0135DSC_0143

Cykl „Kobiety Chełma” – tłumaczka

MAGDA
Magda – tłumacz przysięgły języka angielskiego, wykładowca prawniczego języka angielskiego. Prywatnie spełniona matka i żona. Specjalnie dla Five o’clock – photography opowie o pracy tłumacza „od kuchni”.

O jednej takiej pani co cały dzień siedzi w domu  i nic nie robi…..
Pismo do przetłumaczenia: Pozew, Stron: 45 (boję się sprawdzić ile to znaków…) Termin: pilne, no bo przecież, jakby inaczej, pozew… Wojtek:  po anginie pierwszy dzień do przedszkola. Lilka:  o 15:00 muszę ją odebrać ze szkoły. Przemek: jak zwykle ….. w pracy.
No to zasiadam… Nie powiem, że szczególnie podekscytowana, ale zasiadam, cóż począć, z czegoś  trzeba żyć, kawka jest, no może jeszcze sobie trochę tlenu wpuszczę na szybsze obroty mózgu, bo nie słodzę, a jakoś muszę się rozhulać. Uchylam okno i czytam pierwszy kawałek:
Działając w imieniu powoda spółki prawa niemieckiego XYZ z siedzibą w Hamburgu (pełnomocnictwo wraz z odpisem z rejestru przedsiębiorców w załączeniu), wnosimy o:
 I zaczynam pisać: Acting in the name of the Plaintiff…
A tu nagle słyszę:
Tej to  dopiero dobrze, tej spod 222a, ta to nic nie robi, całymi dniami w domu siedzi
Adres jakby mój …myślę sobie. To chyba o mnie… Robi się ciekawie. W pierwszej chwili chcę wstać i szerzej otworzyć okno, ale opanowałam ten odruch, myślę sobie, spłoszę je, a tak jak będę grzecznie i cichutko siedzieć, to może jeszcze czegoś ciekawego dowiem się o mojej skromnej osóbce…:)
Słucham dalej
… tylko męża całymi dniami nie ma,  pracuje  na to wszystko, świtem wychodzi, wieczorem wraca, nowy dom a  okna takie brudne,  [tu pada słowo niecenzuralne]  jedna,  nic jej się nie chce, tylko rano dzieci zawiezie i siedzi, nawet na podwórko nie wyjdzie, kwiatka by se posadziła w ogródku….
W tym miejscu włącza się drugi głos
W tamtym tygodniu była u niej kosmetyczka, widzisz, paznokcie przyjeżdża jej malować, takie luksusy…a pracować się nie chce, no księżniczka po prostu, a z pieskiem na szkolenie jeździ paniusia jedna
W tym momencie pragnę nadmienić,  iż  tu pewne fakty nawet by się zgadzały i akurat nie chodzi o księżniczkę, niestety. Owszem była u mnie Pani Bożenka, …. tyle, że dyplom przetłumaczyć  chciała, a stan moich paznokci bynajmniej nie wskazuje na to by, widziały się ostatnio z lakierem do paznokci, o kosmetyczne już nie wspominając. Pies to suczka nie pies, dla ścisłości i niestety ta rasa wymaga szkoleniaL, krnąbrna jest bardzo i ma to do siebie, że jak jej się powie nie, to ona i tak znajdzie sposób, by dopiąć swego.
Dalszą konwersację, której volens nolens stałam się świadkiem, przerwał listonosz, musiałam wyjść do furtki i niestety nic już nie usłyszałam.
Za kilka dni w małym ciasnym i śmierdzącym sklepiku osiedlowym, gdzie kupuję tylko rzeczy hermetycznie zamknięte i tylko gdy zapomnę ich kupić gdzie indziej, jedna z tych życzliwych sąsiadeczek, która od niedawna pracuje tam jako kasjerka, zagadnęła mnie: a nie zechciałaby się Pani zatrudnić u nas, my poszukujemy do pracy, do wyłożenia towaru, posprzątać trzeba. Grzecznie podziękowałam, jak mama mnie nauczyła, wyszłam, wsiadałam do auta, chwyciłam za telefon.
Dzień dobry, chciałabym zamówić tabliczkę informacyjną. Tak, taką, żeby na ogrodzeniu powiesić. Co ma być napisane? Niewiele, tylko mój numer telefonu i….. I tu mogłabym pisać dalszą część tej powieści, jak to życzliwe Paniusie z sąsiedztwa komentowały tenże „szyld”, ale ten wpis ma być nie o tym…

DSC_0586
Oczywiście są plusy. Tłumacze przysięgli obowiązkowo prowadzą własną działalność, co daje Ci bonusy. Jeśli nie lubisz tłumów, centra handlowe w poniedziałek o 10 rano stoją dla Ciebie otworem, chcesz iść do kina na tygodniu, dajmy na to w środę o 14, nie ma sprawy 😉
DSC_0622
Praca tłumacza to często jednak praca po nocach, zwłaszcza jeśli masz małe dzieci. To praca często na czas, tryb pilny czy ekspresowy to norma, tryb zwykły to rzadkość. To niestety niezmierzone ilości kropli nawilżających do oczu, bo czasem patrzysz i już nie wiesz, co widzisz. To praca, niestety w większości przypadków, dla samotników. Tu akurat mam szczęście, nie wiem, czy śmiało mogę stwierdzić, że do takich należę, gdyż są ludzie, których nawet lubię, i z którymi dobrze się czuję;) naprawdę;), ale z drugiej strony nie należę do osób, którzy mają setki znajomych w realu i fejsbukowej rzeczywistości i wciąż szukają nowych kontaktów.

DSC_0429
Macierzyństwo plus praca w domu to gwarantowana katastrofa. Albo termin zawalisz, albo dziecko zaniedbasz. Absolutnie nie da się tego pogodzić, nie ma się co łudzić. Z gotowaniem bywa niestety tak, że częściej wykipi zanim zdążysz dobiec, no ale masz do wyboru, albo biec do zupy, albo przerwać w pół trzykilometrowe zdanie stworzone przez jakiegoś uczonego  w prawie, gdy zaczynasz czuć, że chyba nawet rozumiesz, co autor miał na myśli. No i spodziewaj się telefonów o każdej porze dnia i nocy, i wezwań na policję, do sądu, prokuratury i innych ciekawych miejsc, gdzie właśnie zatrzymano obcokrajowca, który z nikim innym rozmawiać nie będzie, jak tylko z tłumaczem przysięgłym. I pamiętaj, że właściwie nie możesz odmówić stawienia się na takie wezwanie, bo grozi za to nawet odebranie uprawnień, czego przecież nie chcesz, bo nie po to tyle lat się uczyłaś, by te uprawnienia zdobyć…..A jak już przetłumaczysz panu, który ukradł paczkę ciastek, co mu grozi, o ile nie dostaniesz w gratisie od niego podbitego oka, gdyż he didn’t like what you just said…:) [bez obaw, zawsze mam w torebce gaz, tak na wszelki wypadek]  – może mili panowie policjanci odwiozą Cię radiowozem do domu.
Następnego dnia, zanim usiądziesz do pracy, mocno uchyl okno i dobrze się wsłuchuj….. 🙂 Dowiesz się co przeskrobałaś:)
DSC_0456DSC_0471

DSC_0632DSC_0647DSC_0640DSC_0683

DSC_0707
Kawa – nieodłączny przyjaciel tłumacza.

DSC_0699

 

Cykl „Kobiety Chełma” – aktorka

DSC_0046
Zapraszam na spotkanie z kolejną uczestniczką cyklu „Kobiety Chełma”. Tym razem w obiektywie Magda Pick – aktorka Teatru Ziemi Chełmskiej, która na kilka godzin przed spektaklem „Głupcy z Chełma” zabrała mnie w magiczną podróż… Magda, opowiedziała nie tylko o tym, jak łączyć pracę z pasją, jak realizować swoje marzenia, ale także o tym, jak teatr pomaga w walce z depresją.
DSC_0049
Sesję zaczęłyśmy od przygotowań w garderobie.
DSC_0062
Magda pozwoliła mi przejść przez wszystkie etapy przygotowań wyjścia na scenę.

DSC_0065

DSC_0083
Jak przygotować się do roli?
Przygotowanie do roli to żmudny proces. Rozpoczyna się już przy pierwszym czytaniu scenariusza. Poznaję swoją  bohaterkę, jej środowisko, język, koligacje rodzinne. Potem zastanawiam się jak mogła wyglądać  przeszłość, co ją ukształtowało, bo dopiero wtedy uprawdopodobnię kierujące nią emocje i uczucia. Oddanie tych właśnie jest najtrudniejsze, bo nie zawsze mogę czerpać ze swoich doświadczeń, a ludzie reagują tak różnie w tych samych okolicznościach. Ogromną pomocą i drogowskazem zawsze jest reżyser, bo to w jego głowie jest cały spektakl, postacie, to on „prowadzi” nas, aktorów, za rękę, podpowiada. Razem szukamy najlepszych rozwiązań. Najbardziej przełomowym momentem w pracy nad rolą jest zawsze dla mnie włożenie kostiumu, wtedy najbardziej wchodzę w buty swojej postaci. Nie bez znaczenia są też interakcje z innymi postaciami, budowanie napięcia między nimi, tworzenie relacji. To trochę jak dziecięca zabawa w „dom”. Bezwzględnie konieczne jest opanowanie pamięciowe tekstu, bez tego nie można skupić się na drobiazgach, szczegółach bo myśli uciekają w poszukiwaniu słów.
Przed  samym spektaklem ważne jest też przygotowanie fizyczne. Wbrew pozorom to duży wysiłek, niejednokrotnie szybkie zmiany kostiumów, przemieszczanie się z jednych kulis w drugie. Ale najważniejsze jest przygotowanie aparatu mowy, rozgrzanie, ustawienie głosu i absolutne skoncentrowanie na emocjach postaci, nie na własnych. Bo publiczność wyczuwa fałsz i udawanie, koledzy na scenie również oczekują współpracy opartej na zaufaniu i pewności, że dajemy z siebie 200 %.
Z bardziej przyziemnych rzeczy lubię przed spektaklem wypić dobrą kawę, która mnie relaksuje, chwilę pobyć sama, skupić się i wyciszyć. Te drobiazgi sprawiają, że na scenę wchodzę pewnie.
DSC_0085
W teatralnej garderobie
Rekwizyty kłócą się o swoje miejsce
Stary zegar w kącie sapie
Odlicza niechciane godziny
Lalki, maski i ubrania
Szepczą do ucha zapomniane wersy
Nieproszony gość-fotograf
Bawi się słowem i obrazem (A.Wójtowicz-Wnuk)

DSC_0090

DSC_0137
Duch teatru wprost unosił się w garderobie…

DSC_0147

DSC_0173
Magda Pick. Lat 43. Wzrost 167. Kolor oczu szarobury. Znaków szczególnych moc.
Bo wszystko we mnie jest moje, niepowtarzalne i jedyne.
Księgowa z zawodu, niepokorny duch z wyboru, aktorka – amatorka pasji i miłości do teatru.

DSC_0223DSC_0228

DSC_0233
„Wielkie marzenie z dzieciństwa spełniłam będąc już osobą mocno dorosłą. Odkąd pamiętam teatr był mi bardzo bliski. Podnosząca się kurtyna do dziś przyprawia mnie o dreszcz emocji, ekscytacji  i napięcia. Jeszcze w szkole podstawowej brałam udział w konkursach recytatorskich, potem razem z kolegami tworzyliśmy kabaret szkolny, występując przy okazji różnych uroczystości.
Dopiero w liceum „dotknęłam” teatru. Bez namysłu zaangażowałam się w teatr szkolny „Oxymoron”. Były cotygodniowe próby, przygotowania, mnóstwo śmiechu, ale też poważne rozmowy, przemyślenia i analizy tekstów. Po liceum zdawałam do szkoły teatralnej, jednak bez skutku, ale mimo porażki moja miłość do sceny nie osłabła. Do tego stopnia, że wyszłam za aktora. Dzięki temu miałam okazję obserwować od kuchni etapy pracy reżysera, aktora, tworzenie scenografii i kostiumów m.in. w Teatrze im. J. Osterwy w Lublinie, w Teatrze Współczesnym w Szczecinie, w Teatrze Nowym w Łodzi. Małżeństwo nie przetrwało, ale wspomnienia i miłość do sceny tak.
Po różnych życiowych zakrętach osiadłam ponownie w Chełmie. Tu po raz pierwszy i na resztę życia poznałam depresję. Miałam 26 lat i życie zasnute smutkiem.
W tym czasie spotkałam Basię Szarwiło szukającej chłopca do roli Tima w „Opowieści wigilijnej” w 2008 roku. I odtąd moje życie nabrało lepszych barw. Mimo, że depresja była i niestety będzie ze mną już zawsze.”
DSC_0237
„Po odegraniu pierwszej roli poznałam „Teatr Ziemi Chełmskiej” pojawił się Bogusław Beniu Byrski i „Polowanie na łosia”. To była moja pierwsza poważna praca nad rolą – mozolna, wymagająca skupienia  i pierwszy sukces. Po głośnym „Maydayu” odeszłam z teatru. Kolejny życiowy zakręt i kolejny czarno – szary dół. Nie było siły na to, aby stanąć przed publicznością, bo nie było siły na wstanie z łóżka, na podjęcie wysiłku, na konfrontację. Po kilku latach kolejny raz teatr podniósł mnie i wciągnął bez reszty. Spektakl „A niech to gęś kopnie” dodał optymizmu, a niesamowici „Głupcy z Chełma” mądrość, sukces i bardzo pozytywny powrót. „
DSC_0242
Nie ma odpowiedzi na to, jak walczyć z depresją, ale teatr może być jedną ze skutecznych form terapii.
DSC_0253
„Terapia teatrem to lek i wielki dar. Próbuję, dotykam emocji na sobie i na innych w bezpieczny dla siebie sposób. Poznaję niesamowitych ludzi, pełnych pasji, zaangażowania i tej samej miłości. Rozumiemy się, szanujemy własne odmienności i czerpiemy z doświadczeń.
Publiczność daje mi szczęście i lustro, które mówi mi „jesteś ok., Magda.” A po spektaklu nawet moja depresja ma, ledwo zauważalne, podniesione w uśmiechu kąciki ust.”

DSC_0255DSC_0259DSC_0267DSC_0293DSC_0297DSC_0306DSC_0335DSC_0342DSC_0346DSC_0355

Cykl „Kobiety Chełma” – Agnieszka i sport ekstremalny – morsowanie

DSC_0013
Agnieszka – wieloletnia nauczycielka języka angielskiego, tłumaczka oraz egzaminatorka egzaminów państwowych i  międzynarodowych Cambridge English Assessment. Złapałam ją w momencie jej życia, gdy po pokonaniu wielu przeszkód, realizuje się w całkiem nowym projekcie zawodowym. Jak sama mówi dostarcza jej on mnóstwa nowych przeżyć i doświadczeń, jest wspaniałym wyzwaniem i szansą dalszego rozwoju, jednak praca pedagogiczna na zawsze pozostanie najbliższa jej sercu. Dzisiaj, w pierwszy dzień wiosny, dopasowując się do przekornej aury, wspominając dzień wagarowicza (taki ukłon do byłej sorki!;)), chciałabym opowiedzieć o nowo odkrytej, dość ekstremalnej pasji Agnieszki, która wie wszystko o morsowaniu!
DSC_0024
Jak przygotować się do morsowania?
„Przygotowanie do morsowania to podstawa. Bez solidnej rozgrzewki można zapomnieć o wejściu do lodowatej wody.”
DSC_0060
Ogromnie bałam się pierwszego wejścia do wody. Jednak nie taki mors straszny jak go rysują ;). Sama również przyznaję, patrząc na żywo na inne foczki i morsy, że to, co robią rzeczywiście wygląda koszmarnie, gdy się ich obserwuje szczególnie w przeręblu, gdy termometr wskazuje grubo poniżej zera. Jednak jest to jedna z tych czynności, które przeczą logice i wszelkiemu pojmowaniu zimna. Muszę nadmienić, że nie znoszę zimy i uwielbiam ciepło. Jednak pewnego lipcowego upalnego dnia przyszedł mi do głowy pomysł z morsowaniem. Bardzo mnie to zaskoczyło i od razu pomyślałam, że w taką pogodę każdy ma ochotę na ochłodę. Gdy przyjdzie zima, nie będę już taka odważna. Lecz nadszedł listopad i myśl powróciła z natężeniem. Zaczęłam szukać morsów przez znajomych znajomych, ponieważ sama nie znałam żadnego osobiście. W końcu udało się! Odwiedziłam panią Basię, która wytłumaczyła mi co i jak w taki sposób, że już przebierałam nogami, by samej spróbować.
DSC_0067
„Na cotygodniowe spotkanie morsów nad zalewem udałam się z koleżanką, by uwieczniła moje „chrzciny”. Poziom adrenaliny w mojej krwi był bardzo wysoki i nie ukrywam, że bardzo się bałam. Moje serce szalało, a ręce się trzęsły, ale chęć przeżycia ekstremalnej przygody była o wiele silniejsza i chciałam spróbować. Choć raz. Jeśli nie spodoba mi się, nigdy tu nie wrócę – postanowiłam. W grupie nie znałam nikogo. Jednak gdy przyszłam, Morsy i Foczki – w przeciwieństwie do wody, w którą miałam wejść (wtedy 0,5°C) – przyjęli mnie bardzo ciepło. Od razu zapoznali się ze mną, wytłumaczyli co mogę odczuwać, jak się zachowywać, no i oczywiście zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie J . Wszyscy uśmiechnięci i naładowani pozytywną energią. Nie wiedziałam czy lepiej wchodzić z plaży czy z drabinki. Wybrałam drabinkę – im szybsze zanurzenie, tym mniejszy stres, pomyślałam. Krótka rozgrzewka i w końcu nadeszła ta chwila! Schodząc do wody miałam asystę morsa na pomoście i dwie osoby w wodzie już wyciągały do mnie ręce, by asekurować mnie w pierwszych sekundach zanurzenia. Co mogę powiedzieć o odczuciach? Woda jest lodowata, nie ukrywajmy 😉 Gdy zanurzasz się od pasa w górę zaczyna cię zatykać. Wtedy należy wziąć kilka głębszych oddechów i wszystko wraca do normy. Chłód wody wnika w ciało jak tysiące szpilek. Za pierwszym razem czułam to nie tylko na skórze, ale też aż w kościach. Po ok. 30 sek. wszystkie mniej przyjemne odczucia odeszły. Podczas tych krótkich chwil cały czas skupiałam się na tym, co odczuwam. Morsy  i foczki wokół wspierali mnie odpowiadając na moje pytania i uspokajając, że wszystko jest w porządku. Przybijali piątki i dopingowali. Można pomyśleć, że stojąc w lodowatej wodzie czas będzie się dłużył. Nic bardziej mylnego. Gdy wszyscy znaleźli się już w wodzie uformowaliśmy koło i zaczęliśmy śpiewać „Przeżyj to sam…”. I dokładnie to mogę powiedzieć wszystkim – Przeżyj to sam!, a będziesz wiedział jakich niesamowitych przeżyć dostarcza zimna kąpiel, ile endorfin się wytwarza i skąd te uśmiechnięte buzie i pozytywne wibracje po wyjściu z wody. Czas tak szybko leciał, że za pierwszym razem spędziłam w wodzie 3 min. Nawet nie zorientowałam się, kiedy ten czas minął. Po wyjściu z wody ciało jest jak znieczulone przez następne kilkanaście minut, dlatego można się tarzać w śniegu i nie odczuwać zimna. Jednak przesadzić nie można i należy dość szybko się ubrać, by się nie wyziębić. Od tamtej pory morsowanie stało się czynnością, na którą czekam z niecierpliwością. To jak pozytywnie czuję się po wyjściu z wody jest uzależniające. A dodatkowe względy zdrowotne sprawiają, że po każdym razie nie mogę się już doczekać następnego. W tym roku zima jest pierwszą od wielu lat, na której koniec nie czekam z wytęsknieniem.”
DSC_0072
Kąpiele w lodowatej wodzie to ogromna dawka endorfin!
DSC_0078
Morsowanie to sposób na szczęście i zapomnienie o problemach.

DSC_0114

DSC_0121
A tak wyglądało to z mojej perspektywy: Sobota popołudnie. Temperatura na zewnątrz -12. Temperatura wody nie wiem, ale wygląda groźnie. Aga przygotowuje się do morsowania. Robimy krótką rozgrzewkę. Znaczy, ja próbuję dotrzymać jej kroku. Ona jest spokojna i opanowana, ja czuję się, jakbym zdobywała biegun polarny. Marzną mi ręce i cieknie z nosa, którego nie mam czym wytrzeć, bo zamiast chusteczek noszę w plecaku przekąski dla psa… Aga schodzi do wody, ja oceniam sytuację i wybieram kadry. Mamy mało czasu, jakieś 8 minut. Mam na aparacie założony krótki obiektyw, muszę dobrze manewrować i kontrolować sytuację za plecami, by przypadkiem nie przewrócić się na nierównym lodzie. Aby uzyskać odpowiedni kąt fotografowania tarzam się po śniegu. Czuję jak sztywnieją mi spodnie od mrozu, który powoli zaczyna kąsać moją skórę. Podczas gdy ja walczę z uczuciem nieprzyjemnego chłodu, ona pluska się radośnie w lodowatej wodzie. Ja wyglądam jak zmarznięta oliwka, ona jak milion dolarów. Morsowanie – niezwykły sposób na zachowanie zdrowego ciała i ducha. Choć ekstremalny, coraz bardziej popularny sport… Nie dziwię się. Podziwiam z całego serca! Ania Wójtowicz-Wnuk

DSC_0127

DSC_0131
„Ten buziak na ostatnim zdjęciu jest dla Was, moje kochane Chełmskie Morsy i Foczki. Serdecznie dziękuję Wam za wspaniałe przyjęcie do stada, opiekę jak u mamy przy pierwszym morsowaniu i szalone towarzystwo przy kolejnych :* ” Agnieszka
DSC_0136
Krótki trening po morsowaniu jest tak samo ważny, jak ten przed wejściem do lodowatej wody.

Cykl „Kobiety Chełma” – Poetka haiku

 

DSC_0268.JPG
Anna Barbara Mazurkiewicz – urodzona i mieszkająca w Chełmie. Z wykształcenia ekonomista, z zawodu księgowa. Miłośniczka kotów, książek i podróży. Od kilku lat autorka blogów o różnej tematyce, obecnie skłaniająca się ku felietonom. Kochająca zarówno prozę jak i poezję, od 2012 roku zauroczona japońską sztuką minimalistycznego wyrazu – haiku. Nagradzana w konkursach międzynarodowych, publikująca w wielu krajach. Wielbicielka muzyki gospel, od 2010 roku członek Chadek Gospel Choir. Amatorsko zajmuje się fotografią i turystyką rowerową. Uzależniona od pasji wciąż poszukuje nowych form, dróg i możliwości wyrazu.
DSC_0231
Krótko o haiku:
Klasyczne haiku powinno mieć maksymalnie 17 sylab. Łączy ono dwa obrazy, które nakładając się na siebie tworzą niejako trzeci, głębszy, nadający nowy sens.
Klasyczne haiku jest trzywersowe, a sylaby w wierszach układają się w schemat: 5-7-5.
DSC_0252
Jak napisać haiku? Oto przepis wg Ani. Składniki : Zmysł obserwacji, zwięzłość myśli, zdolność łączenia warstw
Zasady: Klasyczne wymogi dla tej formy poezji plus zwolnienie tempa (w haiku nie ma pośpiechu, wszystko dzieje się w swoim czasie).
Uwagi: Minimalizm wypowiedzi, bogactwo obrazu
DSC_0262
stara fotografia
snuje opowieść o cieniach
mleczny księżyc
DSC_0298
W poszukiwaniu natchnienia
DSC_0306
Ania powiedziała mi kiedyś, że wiersz pisze wszędzie i o każdej porze…
DSC_0318
„Jakie jest moje haiku?
Od spraw technicznych ważniejszy jest dla mnie sam wiersz, więc nigdy nie przedkładam schematu nad treść.
Pisząc haiku skupiam się nie tyle na obrazie, co na wrażeniu który dany obraz na mnie wywiera. W minimalnej liczbie słów staram się wyrazić sens.
Czy ten minimalizm to jeszcze poezja?
Tak. Haiku jest bowiem sposobem medytacji nad życiem i światem. Medytacja zaś nie wymaga wielosłowia. Skupia się na wrażliwości i głębi spojrzenia.
Przykład:
bezsenna noc
uczę się kształtu
ciemności
I tłumaczenie Lecha Szeglowskiego:
sleepless night
learning the shape
of darkness”

DSC_0326

DSC_0342BW
Wsłuchując się w rytm miasta
DSC_0510BW
„Inny obraz haiku, a dokładniej jego żartobliwa odmiana to senryu:
na odwyku
usta pielęgniarki
w kolorze wina
at rehab
the nurse’s lips
wine-colored
(transl. Lech Szeglowski)  
Poezja japońska wbrew obiegowym opiniom o ograniczonych możliwościach wyrazu, ma niezwykle szeroki wachlarz form.
Poza haiku/senryu zdarzało mi się już zgłębiać takie jej odmiany jak haibun, czy tworzyć haigi.  Marzą mi się jeszcze tanka i rengay. Ale to już plany na dalszą przyszłość…” AM

DSC_0516BWDSC_0527BW

DSC_0582KOR2
„Odkąd pamiętam byłam sumą przeciwieństw i poszukiwań…
Wybrałam liceum o profilu biologicznym, by zdając maturę z historii wybrać studia ekonomiczne. Nielogiczne? Nie dla mnie 🙂
Fascynuje mnie wszystko: poezja, sztuka, muzyka, sport, podróże, książki, koty, konie… Każde po trochu, każde inaczej, w każdym znajduję cząstkę siebie.
Ktoś powiedziałby: niezdecydowana. Nie, to nie tak. Ja po prostu kocham życie. Kocham próbować, smakować, poznawać, doświadczać. Bo wszystko może stać się źródłem pasji i początkiem wyjątkowej przygody.  Nie odrzucać tego, co nieznane – to moje życiowe motto.
Pisanie jest dla mnie formą oddychania. Bez niego nie istnieję, nie potrafię i nie chcę. Wypływa ze mnie, przenika mnie, wylewa się ze mnie. Jest formą ekshibicjonizmu a jednocześnie maską. Bo jak się odsłonić bardziej, jeśli nie przez słowo? I jak się ukryć głębiej, jeśli nie za słowem?
Jestem wrażliwcem. Widzę świat przez pryzmat emocji. A jednocześnie analitycznie i na chłodno obserwuję ludzi. I może w związku z tą umiejętnością od ponad dziesięciu lat pracuję jako księgowa.
Nie jest więc zaskoczeniem, że „matematyczne” haiku jest mi bliskie – 17 sylab stanowi zamkniętą całość, w której zmieścisz swoje ja, swoje przemyślenia, swój świat.  Albo nie. Ale jeśli nie, wtedy nie będzie to już tradycyjne haiku. Jednocześnie haiku to ogromna przestrzeń doznań i wolność zagadnień łącząca człowieka z naturą. Proste i trudne zarazem. Ale ja lubię wyzwania 🙂
Przykłady moich haiku:
link: http://haikuje.blogspot.com/
I felietonów:
http://felietondzienny.blogspot.com/
Miałam w życiu wielkie szczęście poznawać ludzi nietuzinkowych, nieszablonowych, otwartych. Pasjonatów. To dzięki nim jestem dziś tu gdzie jestem. I dzięki nim chcę iść dalej, szukać dalej, patrzeć dalej.
Wzbudzam mieszane uczucia i jestem różnie postrzegana.  Dla jednych zbyt otwarta, dla innych zbyt zamknięta. Jedni mają mi za złe że piszę zbyt dużo, że wbijam kij w mrowisko, inni że zbyt lekko, albo za mało, a niektórzy chcieliby bym nie pisała wcale. Rady jednych i drugich cenię. Ale słuchać będę wyłącznie swojego wewnętrznego głosu. A ten mi mówi: Nie zatrzymuj się i rób swoje. Bo tylko tak warto żyć.
Pasja jest magią. I niech pozostaje tajemnicą.
A ja jestem sobą. I będę sobą. Bo tylko sobą mogę być…”
AM